Przejdź do treści
Część I · Życie wewnętrzne

Esej 01 z 12

Dlaczego tak bardzo próbujemy zrozumieć innych?

Publikacja polskiego przekładu:10 min czytania
Dwa krzesła i stół w spokojnym pokoju z częściowo nakładającymi się cieniami.

Posłuchaj tego eseju

17:03 · Polski

Dlaczego drobna zmiana w czyimś zachowaniu potrafi zająć mi tyle miejsca w głowie? Często pod spodem kryje się pytanie o to, co ta zmiana oznacza dla mojego miejsca w życiu tej osoby. Próba zrozumienia kogoś może wynikać z troski. Może też być sposobem na to, żeby niepewność stała się łatwiejsza do zniesienia.

Odpowiedź jest krótsza. W tonie jest mniej ciepła. Na wiadomość czekam dłużej. Coś, z czego zwykle wywiązałaby się rozmowa, kończy się na kilku słowach. Nikt niczego nie powiedział wprost. Nie było kłótni, do której mógłbym wrócić, ani wyjaśnienia, na którym dałoby się oprzeć. Jest tylko różnica. A zaraz za nią pytania: zmęczenie? Powiedziałem coś nie tak? Rozczarowanie? A może dzieje się coś, o czym nie wiem? Czy ta osoba się oddala? Potrzebuje przestrzeni?

Z kilku niepełnych informacji można zbudować zaskakująco wiele historii. Długo uważałem, że tak po prostu wygląda empatia. Zależało mi na ludziach, więc chciałem ich rozumieć. Nadal widzę w tym część prawdy.

Z czasem zauważyłem jednak również inny powód tej uwagi. Gdybym wiedział, co dzieje się w drugiej osobie, mógłbym zdecydować, jak się zachować. A kiedy wiedziałbym, co zrobić, niepewność mniej by mnie męczyła. Nie zawsze próbowałem wyłącznie zrozumieć kogoś innego. Czasem próbowałem zapewnić bezpieczeństwo sobie.

Wyjaśnienie daje niepewności jakiś kierunek

Niewiedza bywa trudna, bo nie zawiera instrukcji. Kiedy wiem, że ktoś jest wyczerpany, mogę dać mu spokój. Jeśli zraniłem tę osobę, mogę przeprosić. Jeśli źle mnie zrozumiała, mogę wyjaśnić. Jeżeli obawia się trudnej rozmowy, być może mogę zacząć ją łagodniej.

Każde wyjaśnienie podpowiada jakieś działanie. Niepewność mówi tylko: „Coś mogło się zmienić, ale jeszcze nie wiesz dlaczego”. Może nie ma nic do naprawienia ani niczego, co powinienem powiedzieć. Może w czyimś życiu dzieje się coś, co prawie mnie nie dotyczy. A może chodzi właśnie o nas, ale na razie nie mam dostępu do tej informacji.

Dawniej wypełniałem tę pustą przestrzeń własnymi interpretacjami. Potrafiłem wymyślić kilka psychologicznie przekonujących powodów czyjegoś zachowania. Im lepiej znałem tę osobę, tym bardziej szczegółowe stawały się moje teorie. Tyle że wiarygodna historia nie musi być prawdziwa.

Dziś próbuję pytać, czy moje wyjaśnienie daje mi coś, co mogę sprawdzić. Jeśli rodzi tylko kolejną teorię o tym, co ktoś „na pewno” czuje, być może oddalam się od rozmowy, której potrzebuję. Czasem po prostu opowiadałem niepewność, zamiast ją wyjaśniać.

Zauważyć coś i trafnie to wyjaśnić to dwie różne umiejętności

Nie chcę przestać być uważny na innych. Ton ma znaczenie. Dystans potrafi coś komunikować. Powracające wahanie może pokazywać, że sprawa nie jest tak zamknięta, jak sugerują słowa. Przecież ludzie porozumiewają się nie tylko dosłowną treścią zdań.

Ale mogę wiedzieć: „W tym tygodniu dostaję znacznie krótsze odpowiedzi”. Z samej tej obserwacji nie wynika jeszcze: „Ta osoba traci mną zainteresowanie”. Mogę wiedzieć: „Dwa razy odwołaliśmy spotkanie”. Nie oznacza to automatycznie: „Wspólny czas nie jest już dla niej ważny”. Mogę zauważyć ciszę po poruszeniu jakiegoś tematu. Nadal nie wiem dokładnie, co znaczyła.

Moja interpretacja może się później potwierdzić. Nie chodzi o nieufność wobec każdego przeczucia, lecz o to, żeby nie nadawać mu rangi faktu, zanim rzeczywistość zdąży odpowiedzieć. Im ważniejsza relacja, tym trudniej zachować tę różnicę. Rozkojarzenie obcej osoby rzadko analizuję przez cały wieczór. Dystans kogoś bliskiego sprawia, że nagle każdy szczegół wydaje się istotny.

Bliskość nie daje dostępu do cudzych myśli

Wspólna historia sprzyja pewnemu złudzeniu. Wiem, jak ktoś zwykle reaguje na zmęczenie, stres czy lęk. Znam fragmenty jego przeszłości, które mogą tłumaczyć dzisiejsze zachowanie. Kiedy coś się zmienia, potrafię połączyć te obserwacje w sensowną całość. Czasem trafię. Znajomość człowieka nie jest jednak czytaniem w myślach.

Tal Eyal, Mary Steffel i Nicholas Epley badali rozumienie innych w 25 eksperymentach. Samo polecenie, żeby przyjąć cudzą perspektywę, nie poprawiało w sposób konsekwentny trafności ocen dotyczących myśli, uczuć i preferencji tej osoby. W ostatnim eksperymencie dokładniejsze rozumienie przyniosła natomiast rozmowa, w której można było poznać jej rzeczywisty punkt widzenia.[1]

Pomaga mi prostota tego rozróżnienia. Wyobrażanie sobie cudzej perspektywy to pytanie: „Co myślałbym na jej miejscu?” Poznawanie jej to pytanie: „Co Ty o tym myślisz?” Pierwsze odbywa się głównie w mojej głowie. Drugie pozwala, żeby dotarła do mnie informacja spoza niej.

Zdarzało mi się analizować sytuację przez godzinę i dowiedzieć się mniej, niż dałoby jedno zdanie: „Mam wrażenie, że ostatnio jest między nami trochę inaczej. Coś się dzieje?” Odpowiedź nadal może być niepełna. Ktoś może mieć problemy gdzie indziej, potrzebować czasu, nie rozumieć jeszcze własnych uczuć albo powiedzieć wprost, że coś zmieniło się między nami. Przynajmniej jednak rzeczywistość może przerwać moją teorię.

To coś innego niż coraz sprawniejsze zgadywanie. Kiedy kolejne interpretacje nie wnoszą nowych informacji, zbliżamy się do pytania z eseju o nadmiernym analizowaniu decyzji. Czasem następna potrzebna myśl należy do drugiej osoby. Warto też zauważyć, czego sam nie powiedziałem. Pisząc o tym, kiedy milczenie staje się wiadomością, przyglądam się temu, jak moje wahanie może skazywać kogoś na podobne domysły.

Uważność może niepostrzeżenie zmienić się w kontrolowanie sygnałów

W pewnym momencie przestaję po prostu zauważać drugą osobę, a zaczynam ją śledzić wzrokiem i myślą. Jak szybko odpisała? Czy użyła tego samego czułego zwrotu? Dlaczego wczoraj było cieplej? Skąd dziś samo „okej”? Dlaczego odwróciła wzrok? Każdy z tych szczegółów może coś znaczyć. Problem zaczyna się wtedy, gdy pod relacją uruchamia się dodatkowe, nieustające zadanie: „Sprawdzaj, czy między nami nadal jest bezpiecznie”.

Ciepło staje się dowodem. Dystans też. Pora odpowiedzi, cisza, nawet zapewnienie wymagają interpretacji: „Czy naprawdę tak myśli?” Taka wrażliwość nie musi tworzyć większej bliskości. Może zwiększać głównie czujność.

Nie jestem już po prostu w relacji. Nadzoruję ją. To wyczerpujące, bo nie istnieje ostatnia obserwacja, która zagwarantuje jutro. Ktoś może dziś szczerze mnie uspokoić, a później poczuć coś innego. Może mnie kochać i mieć potrzeby, których nie przewiduję. Może zmienić zdanie. Ciągłe sprawdzanie nie odbierze drugiemu człowiekowi możliwości zmiany.

Pod pytaniem „dlaczego?” może kryć się inne pytanie

Staram się rozdzielać dwie kwestie: „Dlaczego ta osoba tak się zachowuje?” i „Co jej zachowanie mówi o mnie?” Często pojawiają się razem, ale prowadzą w inne miejsca. Jeśli na czyjś dystans odpowiadam wnioskiem, że jestem niewystarczający, zamieniam zachowanie tej osoby w ocenę siebie. O tym szerzej piszę w eseju o braniu cudzych zachowań do siebie.

Nawet gdy się nie obwiniam, mogę utknąć w rozwiązywaniu zagadki drugiego człowieka. Może boi się bliskości. Może trudno mu zaufać. Może bardzo mu zależy, ale nie umie tego okazać. Może został kiedyś zraniony albo jest przytłoczony. Takie możliwości potrafią zwiększyć moją wyrozumiałość.

Potrafią też przywiązać mnie do pytania, na które druga osoba nie pomaga mi odpowiedzieć. Zrozumienie kogoś jest cenne. Przejęcie odpowiedzialności za wymyślenie jego wyjaśnienia to już coś innego.

Powód może tłumaczyć zachowanie, ale nie czyni go łatwym do zniesienia

W tym miejscu ciekawość bywała dla mnie pułapką. Im lepiej umiałem coś wyjaśnić, tym trudniej było mi odpowiedzieć na to, co naprawdę się działo. Ktoś regularnie się oddala, gdy robi się bliżej. Być może ma bardzo zrozumiały powód: wcześniejsze doświadczenia, obawę przed końcem relacji, lęk przed zależnością.

Ten kontekst może złagodzić mój osąd. Niekoniecznie sprawi jednak, że łatwiej będzie mi w takiej relacji żyć. Czyjeś znikanie może mieć przyczynę i nadal boleć. Ktoś może się troszczyć, a nie umieć zapewnić stałości. Może szczerze składać obietnice i wielokrotnie ich nie dotrzymywać.

Przychodzi chwila, gdy poszukiwanie kontekstu odsuwa uznanie tego, co już widzę. Zamiast pytać: „Czy mogę polegać na tej relacji?”, pytam bez końca: „Dlaczego ta osoba nie potrafi być bardziej przewidywalna?” Jedno pytanie pomaga zrozumieć człowieka. Drugie — relację, w której uczestniczę. Potrzebuję obu. To ważne rozróżnienie w eseju o nieprzewidywalności i poczuciu bezpieczeństwa. Motywy mogą pozostawać niejasne, nawet kiedy powtarzający się układ jest coraz bardziej widoczny.

Kiedy rozumienie staje się targowaniem z rzeczywistością

Tę wersję najtrudniej mi rozpoznać. Czasem wiem już dość, żeby przyznać, że coś mnie rani albo mi nie służy. Nadal szukam głębszego wyjaśnienia, bo liczę, że zmieni ono wniosek. Jeśli ktoś się boi, może powinienem poczekać. Jeśli został zraniony, może powinienem potrzebować mniej. Jeśli jest przeciążony, może niespójność nie powinna się liczyć.

Łudzę się, że wystarczy jeszcze lepiej zrozumieć drugą osobę, a znajdę dokładnie taki sposób zachowania, który przyniesie upragniony rezultat. Pytanie nie brzmi już tylko: „Co się z nią dzieje?”, ale również: „Czy istnieje wyjaśnienie, dzięki któremu nie będę musiał przyjąć do wiadomości tego, co dzieje się między nami?”

Badanie Jeffry’ego Simpsona, Williama Ickesa i Jami Grich przypomina, że trafniejsze rozumienie nie zawsze daje emocjonalne bezpieczeństwo. W badanej sytuacji zagrożenia relacji uczestnicy o silniej lękowo-ambiwalentnym przywiązaniu wykazywali pod pewnymi względami większą trafność empatyczną. Wiązała się ona jednak z większym niepokojem oraz mniejszą pewnością co do partnera i związku.[2]

Nie wynika z tego, że rozumienie ludzi szkodzi. Widzę tu węższą myśl: prawda nie zawsze uspokaja. Czasem druga osoba rzeczywiście nie jest pewna. Czasem się wycofuje. Czasem jej zależy, ale nie może dać tego, na co liczyłem. Wiedza o powodach pomaga to zrozumieć. Sama nie zmieni sytuacji.

Nie każda granica potrzebuje psychologicznego wyjaśnienia

Cudza granica też łatwo staje się dla mnie zagadką. Ktoś prosi o przestrzeń, a ja zamiast najpierw usłyszeć prośbę, zaczynam dociekać: przeciążenie? Unikanie? Lęk przed bliskością? Sprawdzanie, czy będę zabiegał? Być może coś z tego jest prawdą. Najważniejsza informacja może być jednak już dostępna: „Ta osoba poprosiła o przestrzeń”.

Jeśli prośba jest niejasna, mogę ją doprecyzować. Kiedy granica jest czytelna, nie muszę znać wszystkich jej przyczyn, żeby ją uszanować. Wracam do tego w eseju o tym, dlaczego cudze granice odbieramy jak odrzucenie.

Drugi człowiek ma prawo mieć potrzeby, których w pełni nie rozumiem. Ja mam prawo zdecydować, co jego granica oznacza dla mojego udziału w relacji. Jeśli ktoś może zaoferować znacznie mniej kontaktu, niż potrzebuję, nie muszę najpierw diagnozować przyczyny, żeby uznać, że taki układ może mi nie odpowiadać. Wyjaśnienie i dopasowanie do siebie to dwie różne kwestie.

Praca nauczyła mnie pytać zamiast zgadywać

W roli osoby odpowiedzialnej za innych łatwiej było mi to dostrzec. Zgadywanie motywów zwykle niewiele daje w pracy. Gdy ktoś milknie po decyzji, mogę zapytać, czy się nie zgadza albo widzi pominięte ryzyko. Gdy wymaganie jest stale źle rozumiane, mogę je doprecyzować, zamiast budować teorię o tym, dlaczego ludzie mnie ignorują. Gdy zmieniają się czyjeś wyniki, mogę zacząć od konkretnej obserwacji i pytania.

Nie gwarantuje to pełnej odpowiedzi. Przypomina jednak, że interpretacja nie powinna zastępować dostępnej rozmowy. W prywatnych relacjach bywa trudniej. Nie zawsze czeka nas jutrzejsze spotkanie, ustalony sposób wyjaśnienia sprawy czy termin, do którego ktoś ma opowiedzieć o uczuciach.

Może sam ich nie rozumie. Może nie chce mówić. Może potrzebuje więcej czasu, niż chciałbym dać, albo nie może zapewnić pewności, której szukam. Wtedy ważne staje się zaufanie do siebie: czy potrafię nie wiedzieć wszystkiego o wnętrzu drugiej osoby, a jednocześnie zauważać to, co dzieje się między nami?

Bezpieczeństwo przestaje wtedy oznaczać: „Umiem Cię przewidzieć”. Zaczyna znaczyć: „Ufam, że zareaguję, kiedy sytuacja stanie się jaśniejsza”. Dla mnie to trwalsza podstawa.

Nie muszę znać całego wyjaśnienia, żeby zobaczyć powtarzalność

Być może nigdy nie dowiem się, dlaczego zmieniło się czyjeś ciepło. Czy chodziło o lęk, zagubienie, przeciążenie, wewnętrzny konflikt, czy po prostu mniejsze zainteresowanie? Mogę nie poznać proporcji między tym, co dotyczyło mnie, a tym, czego nie mogłem zobaczyć.

Niepewność co do motywów nie usuwa faktów. Jeśli spotkania są stale odwoływane, to są stale odwoływane. Jeśli przy każdej trudności urywa się kontakt, trudne chwile regularnie kończą się utratą kontaktu. Jeśli słowa są ciepłe, a na zachowaniu nie da się polegać, istnieje różnica między zapewnieniami a moim doświadczeniem. Nie potrzebuję diagnozy drugiej osoby, żeby to zauważyć.

To jedna z ważniejszych granic, jakie stawiam własnej ciekawości. Mogę zostawić część czyjegoś świata wewnętrznego niepoznaną, nie zawieszając przez to oceny własnego doświadczenia. Czasem nowa rozmowa naprawdę wszystko zmienia: ujawnia nieporozumienie, dostarcza brakującego kontekstu, pokazuje, że obie osoby chroniły się przed czymś, czego żadna nie zamierzała zrobić.

Takie chwile są ważne. Innym razem wiem już wystarczająco dużo, żeby zdecydować, jak chcę uczestniczyć w relacji, choć nadal nie rozumiem wszystkich powodów. To nie porażka empatii. To uznanie granic tego, co empatia może rozwiązać.

Ciekawość potrzebuje miejsca także na niewiedzę

Nadal chcę rozumieć ludzi. Uczciwe wyjaśnienie potrafi zmienić moje spojrzenie na trudną chwilę. Chcę tylko wcześniej zauważać moment, w którym ciekawość przestaje przybliżać mnie do kogoś, a zatrzymuje we własnych teoriach. Kolejna interpretacja pomaga, jeśli zmienia to, o co mogę zapytać, co rozpoznaję albo co zrobię. Mniej pomaga, gdy odsuwa przyjęcie tego, co już się dzieje.

Mogę pytać zamiast zakładać. Mogę odpowiadać za swoją część, nie biorąc odpowiedzialności za wszystko. Mogę też decydować, na co się godzę, nawet gdy cudze powody pozostają częściowo nieznane. Nie muszę rozumieć wszystkiego, żeby mieć prawo zareagować. Czasem następna szczera rozmowa mówi mi więcej niż kolejny wieczór, podczas którego próbuję odbyć ją sam.

Przypisy i źródła

1. Tal Eyal, Mary Steffel i Nicholas Epley, „Perspective Mistaking: Accurately Understanding the Mind of Another Requires Getting Perspective, Not Taking Perspective”, Journal of Personality and Social Psychology, 114(4), 2018, s. 547–571. W 25 eksperymentach samo przyjmowanie cudzej perspektywy nie poprawiało konsekwentnie trafności rozumienia; w ostatnim pomogło bezpośrednie poznanie jej w rozmowie. DOI: 10.1037/pspa0000115. ↩

2. Jeffry A. Simpson, William Ickes i Jami Grich, „When Accuracy Hurts: Reactions of Anxious-Ambivalent Dating Partners to a Relationship-Threatening Situation”, Journal of Personality and Social Psychology, 76(5), 1999, s. 754–769. W badanej sytuacji zagrożenia związku większa trafność empatyczna silnie lękowo-ambiwalentnych uczestników wiązała się z większym niepokojem oraz mniejszym zaufaniem do partnera i relacji. DOI: 10.1037/0022-3514.76.5.754. ↩

Czytaj dalej

Dlaczego bierzemy zachowanie innych do siebie?

Cudza cisza lub chłodna odpowiedź łatwo stają się oceną nas samych. O oddzielaniu zachowania drugiej osoby od przekonań o własnej wartości.

Listy od Kamila Larssona

Otrzymaj kolejny esej

Nowe eseje i okazjonalne notatki. Piszę wtedy, gdy mam coś, czym warto się podzielić.

Z szacunkiem dla Twojej skrzynki. Bez sprzedaży adresu i śledzenia otwarć.